Można się pytać co ja informatyk robiłem na forach w branży rolno-spożywczej organizowanych w ramach promocji gron przedsiębiorczości przez WSIiZ w Rzeszowie. Pomijając niezaprzeczalny fakt, że każdy chce smacznie i zdrowo zjeść, klastering jet chyba najrozsądniejszą propozycją dla obszarów wiejskich. Byłem tam aby dopilnować interesu tych, którzy do miasta mają daleko. Ktoś musiał wkładać przysłowiowy "kij w mrowisko".
Jedną z przyczyn znikomych ilości inicjatyw klastropodobnych na Podkarpaciu w branży rolno-spożywczej wskazywanych przez uczestników forum była „nieznana forma gospodarowania”. Ani to spółka ani spółdzielnia – coś nowego. Dlatego inicjatywę WSIiZ przeprowadzenia programu promującego grona przedsiębiorczości w oparciu o teorię klasteringu należy uznać za jak najbardziej na czasie. Jednak, co do tego czy obudzi ona tygrysa przedsiębiorczości nie byłbym taki pewny. Jest kilka rzeczy tkwiących -jak zwykle- w szczegółach, które mogą zaważyć na ostatecznych rezultatach. Mogą powstrzymać proces, który powinien być czymś naturalnym w nowoczesnej gospodarce rynkowej. Popatrzmy na nie zanim osądzimy czy ludzie są ¼li, czy system, który musza obsługiwać.
Sytuacja gospodarzenia na obszarach wiejskich ( a myślę o tych obszarach, które nie utraciły charakteru rolnego) jest doprawdy kuriozalna. Obszary te dysponując takim strategicznym zasobem jak produkty rolne zepchnięte są do roli peryferii gospodarczej. Jak się to stało?, kto doprowadził do takiej sytuacji? i kto jest zainteresowany w utrzymywaniu takiego stanu rzeczy? Bez odpowiedzi na te pytania promocja wiejskiego klasterigu będzie tylko „szlachetną umysłu zabawą”. Mamy bowiem sytuację że wieś jest najnaturalniejszym ze wszystkich możliwych skupisk podmiotów gospodarczych i to ze znacznymi zasobami. Po co czytać „The Cluster initiative Greenbook” (raport z programu badawczego finansowanego przez VINNOVA) jeśli można wysiąść z samochodu tuż za miastem i zobaczyć skupisko lub jak kto woli klaster ze wszystkimi naukowymi atrybutami. Co zagroda to produkcja. Jest pytanie: dlaczego te skupiska nie wykształciły grupowej strategi biznesowej, dlaczego są tak słabe w zetknięciu z gospodarką oligarchiczną.
Poszukajmy przyczyn w historii, zobaczymy co mogło odłożyć się w genach gospodarzy a co swoje ¼ródło ma w tym, że urzędnicy z Warszawy zawsze wiedzą lepiej. We¼my chociażby przykład z aktu lokacyjnego Jarosławia wydanego przez Władysława Opolczyka w 1375 roku. Czytamy: „Chcemy zwłaszcza i postanawiamy, ze żaden z kupców w jakikolwiek sposób nie może odważyć si trudnić jakimś handlem we wsiach położonych w tymże powiecie jarosławskim”
Miejscem do prowadzenia interesów handlowych a wiec przywłaszczania wartości dodanej było zawsze miasto. Rolnik zawsze swoje płody „odstawiał”. Odstawiał na targ za czasów dawnych, odstawiał na kontyngent za Niemca, odstawiał na obowiązkowe dostawy za komuny, wreszcie odstawiał do firmy, która mogła te towary przekazać do przetwórstwa lub fakturowanego obrotu towarowego za demokracji. Unia dołożyła jeszcze paszporty, kwoty, kolczyki i inne paciorki aby było piękniej.
„Prawo składu” było egzekwowane bezlitośnie i na naszych ziemiach trwało kilkaset lat. Skutki mamy do tej pory i co gorsze występują one w programach partii chłopskich. Rolnik ma zasiać zebrać i odstawić. Najlepiej gdyby to robił w dużych partiach tego samego gatunku i prawie za darmo jak chcą tego twórcy ustawy o grupach producentów rolnych i ich związkach. Słynne powiedzenie Andrzeja Leppera że rolnik powinien wiedzieć „kiedy ma siać, ile ma siać, kto to od niego kupi i za ile” jest populistyczną konserwacją tego stanu rzeczy. Jak tu mówić o gospodarce rynkowej? A może polska ziemia jest zbyt cenna aby na niej rosła pszenica?. Zatrzymanie się PSL-u na pozycjach wczesno-agrarystycznych i traktowanie przez tę partię przetwórstwa i handlu jako zajęcia niegodnego dla rolnika jest chyba jedną z przyczyn niezbyt korzystnych notowań tego ugrupowania.
Jakby tego było mało to branża rolno-spożywcza jest pod jurysdykcją dwóch ustaw: część surowcowa jest pod jurysdykcją ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego, część przetwórczo-handlowa pod jurysdykcją ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Między tymi dwoma światami jest bardzo dziwny twór zwany „fakturą RR” skutecznie zapobiegający wykształcaniu się trwałych związków między podmiotami prowadzącymi działalność na obszarach wiejskich. O tym fakcie wiedzą jednak co najwyżej księgowi – urzędnikowi w Warszawie to nie przeszkadza. Co prawda od czerwca 2005-go roku lokalny restaurator lub sklep może kupić od rolnika ryczałtowego towar rolniczy przetworzony tradycyjnym sposobem, ale chyba jedynie urzędnicy w ministerstwie wiedzą, co jest przetworzeniem metodą tradycyjna a co nie. Czy można kupić od rolnika masło zrobione przy pomocy malutkiej maselnicy rodem z ZDZ Rzeszów zasilanej prądem elektrycznym czy musi to być drewniana maśniczka koniecznie suszona na płocie aby było przaśnie? Jest rzeczą doprawdy niepojętą, że na obszarach wiejskich nie wykształcił się lokalny rynek handlu produktami lokalnymi. Byłoby zdrowiej, smaczniej i oszczędniej. Mogłaby powstać prawdziwa infrastruktura około biznesową sprzyjająca wielosektorowemu rozwojowi tychże obszarów. Wieś przestałaby się bać oficjalnego obrotu fakturowanego a wręcz dostrzegłaby w tej sytuacji wiele korzyści.
Duże spustoszenie poczyniły niezbyt mądre wypowiedzi niektórych polityków odnośnie ich stosunku do obszarów wiejskich(celują w tym PO). Rzeczywiście można uprawić cały areał gminy przy pomocy kilku maszyn a ludność spędzić koniecznie w okolice hipermarketu aby było nowocześnie. Rosyjscy dysydenci nazywali to „socjologicznym modelem fabryka-kuchnia”. Nasze „uznane autorytety” promują model „hipermarket - slums” Może nawet byłoby to i taniej. Jednak państwa, które poszły tą drogą obudziły się z przysłowiową ręką w nocniku. Jeśli chcemy mieć zdrowe społeczeństwo to znaczna jego część musi codziennie obcować z naturalnym promieniowaniem świetlnym, magnetycznym, żył wodnych itd. Oddychać normalnym powietrzem a nie mieszaniną spalin. Pokolenie „blokersów” nie gwarantuje prawidłowego odtwarzania następnych pokoleń i prawidłowej kondycji moralnej.
Powinniśmy więc rozsądnie podchodzić do zagadnień skupisk. Kiedyś to właśnie długość wałów transmisyjnych rozchodzących sie od maszyny parowej decydowała o naturalnych przyczynach migracji w poszukiwaniu pracy. Dzisiaj nie ma z tym problemu. Produkcja w systemach zdecentralizowanych, ale prowadzona przez wysokospecjalizowane małe firmy stanowi o podłożu skuteczności ekonomicznej azjatyckich tygrysów. Infostrada często staję się ważniejsza od bocznicy kolejowej, autostrady i osiedla mieszkaniowego. Wysoką technologię Finowie robią w lesie a nie w metropolii. Odnoszę wrażenie, że ta sytuacja zaskoczyła nasze „uznane autorytety”. Klastry wciąż czekają na właściwego sponsora politycznego.
Należałoby jeszcze zastanowić się, czy fora spełniły nasze i nie tylko nasze oczekiwania. I tak i nie. Ważne że się odbyły i przełamały lody. Jednak sądzę, że kurczowe trzymanie się definicji klastrów wg M. Portera i skupianie się jedynie na metodach ich identyfikacji nie budowało orientacji motorycznej na zagadnienie. Odpowiedzi na pytania: jak to zrobić u nas w naszej sytuacji prawnej mogłyby bardziej zainteresować przedsiębiorców i rolników. Tych tematów jednak trenerzy/wykładowcy starali sie unikać. Atrakcyjna technika dydaktyczna i żąglowanie warstwami płytkiej samowiedzy to za mało aby kogoś przekonać – chyba że nie o to chodziło. Słuchacze nie zawsze uzyskiwali odpowied¼ na pytanie: czym w zasadzie ta współpraca w gronie czy klastrze różni się od współpracy stosowanej na codzień przy wykorzystaniu wszystkich tradycyjnych sposobów (wspomaganych czasami produktami wyskokowymi) dodatkowo: faksem, telefonem, internetem, systemami CMS i CRM.
Wyzwalanie efektu synergii było z pewnością przewodnim motywem, jednak ze wskazaniem sposobów lub wręcz technik organizatorskich było kiepsko a nawet bardzo ¼le. Wykładowcy nie byli przygotowani na pokazanie drogi dojścia do zachowań zgodnych z koncepcją biznesową w klastrze wychodząc od tradycyjnej strategii scentralizowanej firmy.
Promowanie klastrów branżowych w świetle chociażby doświadczeń z klastrem meblowym w Monza (Włochy) było raczej archaizmem. Europejski klaster rzemieślników robiących wyrób od początku do końca przegrywa z azjatyckim klastem specjalistów technologicznych. Klaster azjatycki to bardzo często swoista linia technologiczna ale przebiegająca poprzez kilka „garaży” na kilku sąsiednich ulicach. My widzimy taką właśnie przyszłość klasteringu na obszarach wiejskich i uważamy, że na takiej właśnie organizacji życia gospodarczego należy się skupić. Dolina Lotnicza -owszem – jednak niezbyt głośno chwaliłbym się, że za pieniądze polskiego podatnika szkoli sie kadrę dla obcego właściciela. Ktoś kiedyś może się zdenerwować. Widzimy problemy, ale przy dobrej woli wszystkie są do pokonania. Najważniejsze rzeczy, które należałoby promować to:
Tworzenie zrębów gospodarki opartej o zaufanie zgodnie z wytycznymi teorii neoinstytucjonalnej oraz założeniami personalizmu ekonomicznego. Głupiej, destrukcyjnej konkurencji mamy naprawdę dość.
Stworzenie możliwości organizowania produkcji w systemach gniazdowych lub potokowych przez grupy wyspecjalizowanych i niezależnych podmiotów gospodarczych. Przecież można zorganizować rolników, młynarzy, piekarzy i sprzedawców aby załatwić problem regionalnego chleba bez konieczności ubiegania się o kredyty bankowe na „wykup” poszczególnych faz procesu chlebowego. Problem w tym, jak to sprzedać, jak opodatkować, jak wziąć odpowiedzialność za produkt zrobiony nie przez firmę a sieć firm a wszystko przy wrzasku banków, że pozbawiamy ich klientów?
Stworzenie możliwości komplementarnego dla danego terytorium rozwoju poszczególnych branż zamiast wyniszczającej konkurencji ograniczoną ilością wyrobów lub usług.
Zainicjowanie zmiany sposobu finansowania działalności: rezygnacji z kredytów komercyjnych na rzecz wzajemnego wykupu udziałów lub tworzenia wewnętrznych banków korporacyjnych w grupach. Te mechanizmy doskonale zafunkcjonowały zarówno w tajwańskich CFB-esach, koreańskich czebolach jak i japońskich keiretsach.
Odpowiedzi na powyższe pytania mogą być przedmiotem ciekawych dysertacji i gorąco namawialibyśmy środowisko akademickie do podjęcia tematu.
Jeszcze o krasnoludkach, którzy przyjdą i zrobią.
Podkarpacie było przez pewien okres terenem bardzo wesołym. Kilku dziwaków zaczęło chodzić po różnych instytucjach szukając poparcia dla jakichś tam klastrów czy plastrów. Można z tego było mieć niezły ubaw. Jacyś nawiedzeni choć na ćpunów nie wyglądali. Są spółki – do wyboru do koloru: cywilna, jawna, komandytowa, partnerska, z nieograniczoną nieodpowiedzialnością, akcyjna. Jest spółdzielnia, fundacja, stowarzyszenie, grupy producenckie, umowa konsorcjalna, umowa zlecenie, umowa o dzieło itd, itp... A oni o jakichś klastrach. Jeszcze do sejmu poszli tak jakby mieli coś medialnego dla mediów (nr druku sejmowego 204). Chcieli nawet zagrozić bezpieczeństwu obrotu towarowego (w opinii pana Arendarskiego). Na szczęście znalazło sie kilku czujnych posłów z PO i SLD i ukrócili ten wysoce niebezpieczny proceder. No zupełnie nawiedzeni faceci. A sprawa jest prosta: wystarczy tylko zmienić mentalność! Państwo wyłożyło już kasę – prawie 7 mln zł (łącznie z prowizją PARP) na program promocji clusteringu i niewątpliwie sprawy mentalności znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (dość kosztownej – powiedzmy).
Ale poważnie.
Urząd Marszałkowski w Lublinie wystąpił z inicjatywą przeprowadzenia wdrożenia pilotażowego czyli widać można prowadzić aktywną politykę gospodarczą nawet w naszych warunkach i w przy obecnych ¼ródłach finansowania. Długo szukał wykonawców i w końcu znalazł. Wytypowali rozwój klastra żywności ekologicznej. Oni już gromadzą na swoim obszarze to co jest najważniejsze: doświadczenie. Produkcją papieru i sprawozdań są jakoś mniej zainteresowani. Wnioski z tej sytuacje dla Podkarpacia wole jednak pozostawić bez komentarza.
Nikt jeszcze nie badał rodzajów kontaktów biznesowych w organizacjach gospodarczych o sieciowej strukturze powiązań, nikt nie diagnozował potrzeb w zakresie obsługi kręgu kosztowego i innych elementów systemu rachunkowości finansowej i zarządczej. ¯aden sąd nie rozstrzygał sprawy od szkód produktowych w której nie ma jednego podmiotu wytwórcy a jest nią sieć. ¯aden urząd skarbowy nie wykonywał audytu sieci wytwórców. Nikt nie badał wpływu stosunków własnościowych i metod organizacji zarządu na podatność firm do wchodzenia w struktury sieciowe. światowe doświadczenie dowodzi, że dużą skłonność do sieciowania wykazują przedsiębiorstwa z nierozdzieloną funkcja właściciela i zarządcy dlatego nasze szczególne zainteresowanie poświęciliśmy firmom rodzinnym zgłaszając ustawę o grupach przedsiębiorstw rodzinnych. Zarządy firm pracujące pod presją właścicieli kapitału niechętnie wchodzą w związki kooperacyjne ze sferą surowcowa. Wolną mieć wolną rękę w zakresie poszukiwania ¼ródeł surowca , dlatego trudno mówić o renesansie kontraktacji jako formy klastra. Wreszcie - nikt nie zapytał bezpośrednio zainteresowanych, czy ta forma gospodarowania budzi zaufanie. Dla potrzeb gospodarki oligarchiczne pracują ministerstwa, uczelnie, instytuty PAN i instytuty do utylizacji unijnych funduszy. Dla gospodarki solidarnej – nikt!
Panowie na państwowych pieniądzach. My zrobiliśmy swoje: zaorano, przygotowano glebę i co dalej????
Józef Kamycki - kwiecień 2006